Poszukiwacze przygód, witajcie ponownie!
Tym razem chciałbym przedstawić Wam 10 metalowych albumów, które uważam za warte odsłuchania podczas czytania naszego ulubionego gatunku, jakim jest fantastyka. Od razu zaznaczam – nie jest to ranking i rozmieszczenie albumów na liście jest całkowicie przypadkowe. Dlaczego? Bo gusta są jak… wąsy (lub broda) – każdy ma własne! Poniżej znajdziecie dziesięć albumów, które są w różnych klimatach i pasują do różnych lektur. To jak, zaczynamy?
Blind Guardian – „Somewhere Far Beyond” (1992)

Przed Wami absolutny klasyk power metalu – uprzedzam, że słowo „klasyk” pojawi się w tym zestawieniu jeszcze nieraz… Ekipa z Blind Guardian nigdy nie kryła się fascynacją fantasy i to przełożyło się bezpośrednio na tematykę ich utworów. W swej dyskografii próżno znaleźć u nich album, który nie pasowałby do epickich przygód, ale to właśnie na tym krążku znajdziecie absolutnie przepiękną (i chyba najbardziej znaną) balladę autorstwa Ślepego Strażnika, czyli „The Bard’s Song – In the Forest”. Podczas koncertów publika w tym momencie przysiada na podłodze, by posłuchać słów barda w postaci Hansiego Kürscha stojącego za mikrofonem. Wyobraźcie sobie, że podczas wyprawy przysiedliście wraz z towarzyszami, aby chwilę odpocząć… Właśnie w taki sposób, jak obrazuje to okładka stworzona przez Andreasa Marschalla.
Castle Rat – „The Bestiary” (2025)

Jeszcze ciepła nowinka w świecie muzycznym. Czemu Castle Rat trafił do tego zestawienia? Spójrzcie tylko na ten image, teledyski… Nie kojarzy się to Wam z jakimś zaginionym niskobudżetowym filmem fantasy z początku lat osiemdziesiątych? Absolutne złoto! Według wokalistki i jednocześnie gitarzystki Riley Pinkerton odgrywającej rolę Szczurzej Królowej, pomysł na kostiumy wziął się z koncertu z okazji imprezy halloweenowej i… tak już zostało. Widzicie, drodzy poszukiwacze przygód, czasem niewielki przypadek sprawia, że powstaje coś naprawdę rozpoznawalnego. Brzmienie doom metalowe połączone z hipnotyzującym wokalem Riley i całą estetyką, o której już wspomniałem, daje nam dość posępny, ale też potężny soundtrack do lektury. Wyobraźcie sobie stare zamczysko, do którego zmierza grupa śmiałków gotowych stoczyć pojedynek ze złem… Sięgajcie po Castle Rat podczas czytania (i nie tylko), bo są tego warci!
Mortiis – „Ånden Som Gjorde Opprør” (1995)

Niespodzianka! Miał być metal, a tu proszę – nie metal! Gitary na bok i włączamy syntezatory. Mortiis, czyli Håvard Ellefsen, to poruszający się po lasach i starych zamczyskach goblin, a nie muzyk w kostiumie i masce. Kropka. Jeśli ktoś spróbuje temu zaprzeczyć, tego wyzywam na pojedynek na ubitej ziemi! Oczywiście żartuję. Twórczość byłego basisty blackmetalowego Emperor można podzielić na Ery. Niniejszy album jest dziełem z pierwszej połowy Ery I, czyli czasu, gdy Mortiis grał dark ambient (lub dungeon synth, jak kto woli). Z prostych syntezatorów wycisnął niesamowicie klimatyczną muzykę, która mogłaby towarzyszyć nam podczas wyprawy do tajemniczego lochu, na końcu którego spotkamy przebiegłego i niecnego nekromantę kierującego hordami umarłych. Czy jest to album prosty w odbiorze? Moim zdaniem nie, ale jeśli będzie on stanowił soundtrack podczas czytania książek, czy podczas podróży, wtedy postrzeganie go zmienia się diametralnie. Robiący klimat album, który warto polecić każdemu fanowi fantastyki!
Rhapsody – „Dawn of Victory” (2000)

Wśród fanów metalu temat takich zespołów jak Rhapsody jest wielce kontrowersyjny. Ten temat jednak ugryziemy w innym wpisie – teraz jednak wyjaśnię Wam czemu wrzuciłem ten album do niniejszego zestawienia. Aż kipi energią i wzywa do przeżycia epickiej przygody, dlatego! Czy jest przaśnie? Jest. Czy jest kiczowato? No jest. Czy jest moc? Jeszcze jak! Przyjemnie się słucha? No jasne! Więc czego się czepiać? Nie wiem. Ten zespół to już niemalże definicja power metalu w najbardziej melodyjnej i ekstremalnej pod kątem treści odsłonie, bowiem mamy tu utwory o jednorożcu, o wiosce krasnoludów, o mrocznym władcy z Czarnej Góry… Jest rozpędzona perkusja, solówki grane na rozgrzanej do czerwoności gitarze i klimatyczne klawisze. Nie brakuje momentami epickich chórów. Album nie jest zbiorem przypadkowych kompozycji, ale stanowi w zasadzie centralną część Sagi Szmaragdowego Miecza – muzycznej opowieści stworzonej przez Rhapsody. Muzycy sami przedstawiają nam opowieść z gatunku fantasy. Obowiązkowa pozycja w power metalu. Posłuchajcie tylko „Holy Thunderforce”…
Cult of Luna – „The Long Road North” (2022)

Post metal w soundtrackach do czytania fantastyki? Poczekajcie, już spieszę z wyjaśnieniami. Jeśli sięgacie po nieco cięższą w odbiorze lekturę, po powieść z klimatem gęstym niczym zimowa mgła nad fiordem, ta pozycja sprawdzi się idealnie. „The Long Road North” ma w sobie to, czego potrzeba na daleką wyprawę na północ – mocarne brzmienie i posępna atmosfera, która obrazuje mroźne pustkowia. Lód, pustka i jedynie samotny bohater wędrujący w sobie tylko znanym kierunku z powodów, których nikt nie jest świadom. Walka o przetrwanie, pokonywanie trudności – to wszystko znajdziecie na tym krążku. Już samo otwarcie w postaci perkusji na „Cold Burn” chwyta i nie bierze jeńców. Załóżcie grube futra, przypnijcie miecz do pasa, a tarczę zarzućcie na plecy – ten album zabierze Was w podróż na lodowe pustkowia. Słuchając utworu „Into the Night” wyobraźcie sobie, że podziwiacie zorzę polarną, która wije się na niebie z iście wężową gracją, oświetlając ośnieżone turnie. Coś pięknego.
Grave Digger – „Excalibur” (1999)

Jest to zwieńczenie trylogii albumów tej niemieckiej grupy heavymetalowej, która to trylogia traktowała o historiach wyciągniętych ze mroków średniowiecza. Na niniejszym albumie mamy do czynienia z historią legendarnego Króla Artura i ostrza wyciągniętego z kamienia. Już samo intro robi niesamowitą aurę – zamknijcie oczy i przenieście się na owiane mgłą kurhany. Działa, co? Ten album od pierwszych dźwięków stanowi świetny soundtrack do przygody w średniowiecznym klimacie: czy to na królewskim dworze, czy też w przydrożnej tawernie. Słuchanie go podczas czytania z całą pewnością sprawi Wam nieopisaną przyjemność. Może nie ma tu tylu klawiszy, ile znajdziecie na typowych powermetalowych albumach, ale surowość brzmienia i zachrypnięty wokal Chrisa Boltendahla zapewnią arcyciekawe wrażenia. Po namyśle, jest to świetna ścieżka dźwiękowa to ilustrowania potężnej bitwy – szczęk ostrzy, roztrzaskane kopie, wykrzykiwane naprędce rozkazy… Sprawdźcie ten album, a nie rozczarujecie się – szykujcie się na ucztę w zamku Camelot, a później przy dźwiękach trąb wyruszcie na bitwę!
Luca Turilli – „King of the Nordic Twilight” (1999)

Uwielbiam ten album, cóż na to poradzę. Nostalgicznie napomknę, iż był on pierwszym powermetalowym krążkiem, który wprowadził mnie w ten gatunek. Hola, hola! Czy jednak to wystarczyło, by wkupić się do tego zestawienia? Nie. Jeśli zestawimy ten album z solowego projektu gitarzysty Rhapsody razem z ich wspólnymi dokonaniami, raczej nie wskażemy zbytnich różnic w stylu i brzmieniu. Jednakże nie o to chodzi, a o to, że zawarte na nim kompozycje perfekcyjnie spinają się w jedną całość. Do tego mamy tu tę samą energię, której doświadczamy na albumach Rhapsody – weźmy chociażby taki utwór jak „Legend of Steel”. Jest to utwór, po przesłuchaniu którego ma się ochotę chwycić miecz i wyruszyć, aby stawić czoła przeciwnościom. Powiem więcej – we wczesnym okresie nastoletnim, bardzo często ten album towarzyszył mi podczas lektury książek ze świata Warhammera. Już sama okładka, którą stworzył francuski artysta Eric Philippe, wzywa do przygody. Cytując Gajusza Ceplusa z „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra”: „Na niewtajemniczonych robi to spore wrażenie”. Pozycja naprawdę godna polecenia, a finałowy „Kings of the Nordic Twilight” to prawdziwa jazda rydwanem bez trzymanki.
Summoning – „Minas Morgul” (1995)

Znów wracamy w nieco bardziej posępne klimaty, ale komu przeszkadza odrobina mroku? Przed wami album austriackiego projektu Summoning, który tworząc black metal (niech Was to nie odstraszy – zaraz wyjaśniam zagadnienie!), odnosi się w swych utworach do twórczości Mistrza Tolkiena. Pewnie puryści muzyczni obrzuciliby mnie mizantropicznym spojrzeniem, ale tak – uważam ten zespół za black metal. Mamy tu riffy charakterystyczne dla tego gatunku, gardłowy nieco skrzeczący wokal niosący się echem – zupełnie jakby wydobywał się z prastarej krypty… Jest tu także i miejsce na szczyptę ambientu przypominającego w pewnym sensie dokonania wspomnianego już Mortiisa. „Minas Morgul” jest pozycją niemalże obowiązkową, której moim zdaniem nie mogło tutaj zabraknąć. Jeśli macie ochotę na nieco mroczniejszego Tolkiena, sięgnijcie po ten krążek. Brzmi jak muzyka, która mogłaby powstać w ciemniejszych zakamarkach Śródziemia, takich jak właśnie… Minas Morgul. Pierwszy raz zetknąłem się z twórczością Summoning w sklepie muzycznym w Białymstoku, gdzie nabyłem dwa ich albumy na kasetach magnetofonowych. Miłość od pierwszego wejrzenia. Jeśli lubisz czytać fantastykę i lubisz metal, ten album zapewni Ci godny soundtrack do czytelniczego questa po świecie upadłych królestw i echa ich dawnej chwały.
Cirith Ungol – „King of the Dead” (1984)

Na przedwiecznych bogów, ta okładka! Dobra, wiem, że Cirith Ungol zaadaptowali grafikę Michaela Whelana zatytułowaną „The Bane of the Black Sword” stanowiącą okładkę do powieści Michaela Moorcocka o tym samym tytule (o tym autorze będziemy jeszcze mówić nieraz!), ale kapitalnie obrazuje ona również to, co znajduje się na samym albumie! Tim Baker wykrzykujący w tytułowym utworze: „Crown upon his head, King of all the Dead!”… No ciary. Ciary, powiadam Wam! Cały album, podobnie jak twórczość Cirith Ungol (sama nazwa zespołu też nawiązuje do Tolkiena), jest utrzymana w charakterystycznym dość posępnym tonie, jednakże wręcz epatującym epickością. Słuchając tego albumu, mamy wrażenie, iż słuchamy pieśni barda pogrążonego w szaleństwie, który z gigantycznym entuzjazmem przekazuje nam opowieści o mrocznych władcach z podziemi oraz o śmiałkach, którzy mieli czelność stawić im czoła. Jeśli zamierzacie wyprawić się w podziemia, by eksplorować lochy pełne pułapek i szkieletów próbujących Wam utrudnić dotarcie do skarbu, ten album sprawdzi się znakomicie jako soundtrack!
Ensiferum – „Iron” (2004)

No i dotarliśmy do finału naszej dziesiątki. Na sam koniec przed Wami fiński Ensiferum wraz ze swym drugim albumem studyjnym „Iron”. Jak na muzyków z północnej części Europy przystało, mamy tu do czynienia z werwą godną Wikinga (historyków uspokajam – wiem, że Wikingowie nie pochodzili z terenów dzisiejszej Finlandii). Chwytaj miecz, tarczę i ruszaj na wroga – to nasza dewiza! Przy okazji pij miód z rogów, rozpal ognisko i w przerwie od bitwy biesiaduj z nami do białego rana! Mam dla Was mini questa – sprawdźcie, co znaczy po łacinie słowo „ensiferum”. Myślę, że to powinno wystarczyć za opis. Jeśli lubicie opowieści o wielkich starciach, na które z zaświatów spoglądają bogowie, a boscy posłańcy zabierają poległych na wieczną biesiadę, jest to muzyka dla Was. Ciężko mi określić gatunek muzyki, którą oferuje nam Ensiferum. Epic metal? Folk metal? Viking metal? Poniekąd power metal? Wydaje mi się, że chyba jest to mieszanka każdego z powyższych. Jazda bez trzymanki na wierzchowcu, który prowadzi nas prosto na bitwę. Nie ma czasu na przystanki, trzeba się spieszyć, gdyż mięsiwo, które nas czeka na pobitewnej uczcie już stygnie. Parafrazując klasyka: „Bijmy się szybciej, bo się ściemnia”. Idealny soundtrack do epickiej lektury o wojownikach.
Dzięki, że wytrwaliście do końca i cóż… widzimy się w następnym wpisie! Niech Wasze przygody będą epickie, a loot godny Waszego trudu!
Okładki albumów, fotografie artystów oraz inne materiały graficzne zostały wykorzystane wyłącznie w celach ilustracyjnych, informacyjnych i recenzenckich. Wszelkie prawa autorskie należą do ich prawowitych właścicieli.
