
Witajcie poszukiwacze przygód! Częstujcie się piwem (lub wodą, jak kto woli) i siadajcie. Dziś pogawędzimy sobie na tematy szczególnie bliskie memu serduszku, czyli muzyce metalowej i rockowej oraz gatunkowi literackiemu, jakim jest fantastyka. Te rzeczy mają ze sobą bardzo dużo wspólnego, co postaram się Wam zarysować w poniższej gawędzie. Ta tematyka jest powodem, dla którego powstało Metal & Dragons. Jestem fanem, człowiekiem zafiksowanym na punkcie tego, co chciałbym Wam zaprezentować. Jeśli zaś nie zgodzicie się ze wszystkim – nie ma sprawy, wszak dyskusja jest kolebką pojmowania!
Fantastyka w zasadzie jest tak stara, jak stare są podania przekazywane przez człowieka. Dlaczego? Spójrzcie na rozmaite legendy, rozmaite niesamowite opowieści snute przy ogniskach, przekazywane przez bardów, spisywane później przez skrybów. Co innego, jeśli nie legendy i mity, są fundamentami tego gatunku? Opowieści o dalekich krainach, innych wymiarach… podsumowując: o rzeczach, które istnieją wyłącznie w naszej wyobraźni. Brzmi znajomo, co? „Władca Pierścieni”, cykl o Wiedźminie, „Pieśń Lodu i Ognia”, „Koło Czasu”, opowieści o Conanie, cykl Burroughsa o Marsie – to wszystko współczesne legendy. Gdyby ich autorzy żyli w dawnych czasach, w epoce pióra i pergaminu, zapewne te opowieści dziś weszłyby do kanonu mitycznych historii pokroju legend o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu.
CZY MUZYCY METALOWI SĄ WSPÓŁCZESNYMI BARDAMI?
Co zaś z metalem? W jaki sposób muzyka metalowa i fantastyka się łączą? Posłuchajcie mojego wywodu, poszukiwacze przygód. Obiecuję nie zagłębiać się z szaleńczym zapędem zbyt mocno w króliczą norę, ale wysunę jedną tezę. Kim są muzycy? Może inaczej – kim byli muzycy? Kim byli ludzie, którzy pisali ballady, opiewali rozmaite opowieści w swych utworach? Dla maksymalnego uproszczenia nazwijmy ich bardami. Tak, wiem – daleko poniosła mnie wyobraźnia, ale jeśli się nad tym zastanowić, to dzisiejsi muzycy są (w mniej lub bardziej udany sposób) bardami. Tylko to łączy metal z fantastyką? Gdzie tam, to zaledwie początek – pewien drobny punkt styczny.

Kojarzycie taki zespół rockowy jak Uriah Heep? Byłbym mocno zdziwiony, jeśli nie słyszelibyście o nich, ale jeśli tak jest, sięgnijcie po album „Demons and Wizards”. Nie jest to krążek całkowicie poświęcony niestworzonym opowieściom, po które lubimy sięgać, ale jest w nim ich zalążek – znak, że fantastyka powoli odnajdywała swe miejsce w muzyce. Utwór taki jak „The Wizard” traktuje o tytułowym czarodzieju, którego podmiot liryczny spotyka na swej drodze i który to czarodziej obdarza go swą mądrością. Kurczę blade, kto mi powie, że nie jest to motyw rodem z legend? Podobne motywy pojawiają się także u innych zespołów, z bardziej znanych mogę podrzucić chociażby Black Sabbath, którzy romansowali z mroczną stroną niesamowitości, Judas Priest i uniwersum będące „metalowym” odbiciem naszego świata (posłuchajcie „The Sentinel”, „Painkiller”, „Metal Gods”). Nie były to utwory w sposób bezpośredni nawiązujące do fantastyki, ale nie sposób nie dostrzec pewnych inspiracji nie tyle samym gatunkiem, co ideą – koncepcją. Do tego jeszcze dorzućmy Rainbow i ich słynny utwór „Stargazer”. Zapoznajcie się z jego tekstem, serio. Przypomnę tylko, że wtedy na wokalu w Rainbow był Ronald James Pavadona, ale Wam pewnie będzie znany bardziej jako Ronnie James Dio.

SMOKI, WOJOWNICY I CIĘŻKIE RIFFY
Zespoły, które wymieniłem, to jedynie wierzchnia warstwa w naszej muzyczno-fantastycznej sałatce. W sumie, to po prawdzie wierzchnia warstwa wierzchniej warstwy. Zachęcam do eksplorowania głębiej, bo można trafić na iście fascynujące muzyczne znaleziska (psst! Jeśli nie słuchałeś niemieckiego zespołu Warlock, zrób to prędko!). Ale, ale! Skoro jesteśmy przy postaci Dio, powiedzmy to głośno (najlepiej chórem): „Dio jest ojcem power metalu”. Powtórzone? Świetnie, idziemy dalej (tak po prawdzie, to jest wyłącznie moja teza, ale na szczęście nie jestem w niej osamotniony). Spójrzcie na scenografię koncertów Ronniego, toż to czysta fantastyka! Smok, sam Dio przebijający go mieczem… W muzyce Dio – zarówno w aspekcie wizualnym na scenie, jak i lirycznym – taka inspiracja epickimi przygodami pojawia się cały czas. Chyba niewiele się pomylę, jeśli powiem, iż pierwszy raz na tak wielką skalę. Dio sprawiał wrażenie, iż orężem wojownika oprócz magicznego miecza może być również zaklęta gitara, na której nasz bohater może wykuwać mocarne riffy, które są w stanie pokonać każdą przeszkodę. Przynajmniej taki wizerunek pozostał w naszej wyobraźni i wiecie co? Nie bez powodu. W ogóle – wiecie, że ten gość rozpowszechnił w muzyce metalowej gest rogów? Tę historię opowiemy jednak bardziej szczegółowo innym razem. Niemniej, estetyka jaką pokazał Dio, dość mocno działała na wyobraźnię fanów, a także i innych muzyków, którzy później zakładali własne kapele. Szczerze wątpię, by Dio nie był inspiracją dla wielu z nich – jego wizerunek był tak charakterystyczny.

Dalej mamy zespoły, które wprost odnoszą się do naszego ulubionego gatunku. Manilla Road – epicki metal wprost nawiązujący do Conana, a także nierzadko do prozy samego mistrza grozy jakim był Howard Phillips Lovecraft. Bardziej wyrazisty przykład? Mówicie – macie! Nieco bardziej przerysowana (no dobra… „nieco bardziej”, to mocne niedopowiedzenie) jest taka kapela jak Manowar – skóry, futra, miecze, naoliwione klaty. Prężący muskuły muzycy w prawdziwym życiu uskuteczniali ciąg dalszy grafik, na których znajdował się muskularny wojownik oraz roznegliżowana niewiasta w opałach. Ciąg dalszy wyobraźcie sobie sami. Tak, właśnie tacy byli goście z Manowar. Można na to w politowaniu unieść brwi, ale skąd taki wizerunek się wziął? Właśnie z kart powieści (oczywiście z dopowiedzeniem reszty po swojemu…).

A co powiecie na zespół, który powstał w 1971 r. w Kalifornii? Mowa o Cirith Ungol, który dziesięć lat później wydał swój debiutancki krążek „Frost and Fire”. Okładki albumów zapożyczali początkowo z książek autorstwa Michaela Moorcocka, a konkretnie z powieści należących do cyklu o Elryku z Melnibone. Już w samej nazwie i warstwie lirycznej wprost odnosili się do fantastyki. Cirith Ungol nie wystarczy? Odpalcie sobie w odtwarzaczach taką kapelę jak Brocas Helm! Spójrzcie na te czadowe okładki!
Poza tym, skoro wspomnieliśmy o warstwie wizualnej, czyli o okładkach płyt, spójrzcie na grafiki zdobiące wiele albumów metalowych sprzed lat dziewięćdziesiątych i powiedzcie, że nie ma tam nawet najmniejszego śladu fantastyki. Kilka przykładów? A jakże! Dio „Sacred Heart”, Cirith Ungol „Frost and Fire”, Manilla Road „The Deluge”, Brocas Helm „Black Death”, Warlock „Triumph and Agony”. Nasi metalowi bardowie zauważyli, iż muzyka gitarowa świetnie komponuje się z estetyką fantasy i wiecie co? Mieli kurczę rację! Przy okazji – mam zadanie dla fanów Warhammera: przyjrzyjcie się zespołowi Bolt Thrower, a zwłaszcza jego wcześniejszej twórczości.

RIFFY I SOLÓWKI NA EKRANIE
Zacznijmy od ciekawostki. Co łączy The Beatles, J.R.R. Tolkiena i słynnego reżysera Stanleya Kubricka? Otóż nasi ukochani bardowie z Liverpoolu zapragnęli przenieść na srebrny ekran „Władcę Pierścieni”. John Lennon miał zagrać Golluma, Paul McCartney Froda, Ringo Starr Sama, a George Harrison Gandalfa. Cały projekt jednak nie wypalił, gdyż sam Tolkien nie wyraził zgody. Klamka zapadła. Brzmi to jak szaleńcza psychodeliczna wizja, ale taki pomysł naprawdę powstał.
Brzmienie gitarowe pomału zaczęło przenikać do fantastyki na srebrnym ekranie. W 1980 r. Mike Hodges nakręcił film pod tytułem „Flash Gordon”. Była to lekka przygodówka dziejąca się w kosmosie, w której dzielny bohater mierzył się ze złym cesarzem Mingiem i ratował swych przyjaciół (oraz świat) z opresji. Byli tam ludzie latający niczym jastrzębie, lasery, rakiety, miecze… a to wszystko okraszone ścieżką dźwiękową skomponowaną przez zespół Queen. Dźwięki gitary elektrycznej miały towarzyszyć bohaterom w epickich przygodach.

Chcecie kolejny przykład filmu, do którego muzykę pisał zespół rockowy? Ależ proszę uprzejmie! Niesławna „Diuna” z 1984 r. w reżyserii Davida Lyncha (o tym filmie na pewno też któregoś razu pogawędzimy) – tutaj ścieżką dźwiękową zajął się zespół Toto. Kojarzycie go z takich przebojów jak „Africa” czy chociażby „Rosanna”. W muzyce pełnej orkiestralnych partii nie brakuje także i gitary elektrycznej, która dodaje scenom rozmachu.
To teraz kolejna zagadka. Tak, Metal & Dragons bawi i uczy! Co łączy myszy, motocykle i Marsa? Zgadza się, serial animowany z 1993 r. zatytułowany „Motomyszy z Marsa”. Jeśli nie oglądaliście, włączcie sobie YouTube i znajdźcie czołówkę. Posłuchajcie tej muzyki i iście epickiego brzmienia gitary elektrycznej. Łapiecie o co chodzi? Ciężkie riffy i solówki wygrywane na coraz wyższych dźwiękach stanowiły bardzo, ale to bardzo udaną otoczkę dla wszelkiej maści przygodówek z gatunku fantastyki (chociaż w „Motomyszach…” zabrakło mieczy i rycerzy, za to było całkiem sporo laserów!).

METALOWA FANTASTYKA DZIŚ I CHWILĘ TEMU… CHYBA CHWILĘ…
Rok 2000 był grubo ponad dwadzieścia temu. Jakże ten czas pędzi! Zupełnie niczym Cienistogrzywy z Gandalfem na grzbiecie pokazując, co znaczy pośpiech (pozdro dla kumatych, czy jak to tam się mówi). Wiem, że power metal, w herbie którego możemy z powodzeniem umieścić smoki i miecze, ukształtował się już w latach dziewięćdziesiątych, ale osobiście na absolutny szczyt jego popularności wyznaczyłbym wczesne lata dwutysięczne. Wtedy tak „ekstremalnie fantastyczne” zespoły jak Rhapsody nagrywały swoje najlepsze albumy, na okładkach których królowały już całkowicie odjechane obrazy przedstawiające wszelkiej maści smoki, rycerzy, czarnoksiężników. Oczywiście takie legendy jak Blind Guardian poruszały tematy związane z fantastyką na swoich płytach już wcześniej, ale mam tu na myśli powermetalowy wysyp, który nastąpił nieco później.

Ktoś może powiedzieć: „Hola, hola! Nie wspomniałeś o bardziej ekstremalnych zespołach nawiązujących do fantastyki!”. Celna uwaga, jednakże przecież nie sposób omówić absolutnie wszystkiego! Pragnę Wam jedynie zarysować pewną historię, nawet jeśli nie całkowicie kompletną. Wiecie, piwo w kuflu się powoli kończy i tak dalej. Poza tym… zostawmy sobie coś do rozmowy na później, a myślę, iż warto to zrobić.
Gdzie to ja… Ach, prawda – lata dwutysięczne. Mam dla Was piękny przykład łączący metal z wojownikami i podniosłymi przygodami. W 2009 r. ukazała się gra na PlayStation 3 oraz na Xbox 360 wyprodukowana przez studio Double Fine Productions. Gra nosiła tytuł „Brütal Legend”. Domyślacie się może w którą stronę to zmierza? Nie? To opowiadam dalej! Głównym bohaterem jest Eddie Riggs – techniczny kapeli heavy metalowej (wciela się w niego sam Jack Black), który zostaje przeniesiony do świata rodem z okładek płyt metalowych. Posiada gitarę typu Flying V, na której dzięki potężnym riffom jest w stanie rzucić równie zabójcze zaklęcia, a także posługuje się toporem o podwójnym ostrzu. I jak? Wystarczająco metalowo? Jeśli nie graliście, to szczerze polecam – na swej drodze spotkacie między innymi samego Księcia Ciemności w okrągłych okularach przeciwsłonecznych, który pełni zaszczytną rolę Strażnika Metalu.

O, skoro wspomnieliśmy o Jacku Blacku – oglądaliście może film komediowy „Tenacious D i Kostka Przeznaczenia?” z 2006 r.? Jest to całkiem zabawna komedia, która sprowadza metal do przygody, a sekretem kucia absolutnie przekozackich riffów jest potężny przedmiot zwany Kostką Przeznaczenia. Jest to kostka do gitary, która powstała z ułamanego zęba samego… diabła. Jeśli już mówimy o takich klimatach, to co powiecie na postać Eddiego Munsona z czwartego sezonu Stranger Things? Metalowiec z krwi i kości, a także nerd bezgranicznie oddany fantastyce i grom fabularnym. Tak, wiem. Ktoś może powiedzieć: „Ale przecież to jest przereklamowany serial dlatego, że jest bardzo popularny”. No i co z tego? Pozwólcie, że postać Eddiego posłuży nam za pewien archetyp, który nie jest aż tak mocno oddalony od prawdy. Co powiecie na scenę, gdy Eddie podczas ważnego starcia wygrywa na swej gitarze riff „Master of Puppets” Metalliki? Może i jest przerysowana, ale nie można powiedzieć, że nie jest to piękna laurka dla pomostu między fantastyką a metalem.

Oho, właśnie dostrzegam dno kufla, a to oznacza, iż czas się nam skończył. Drodzy poszukiwacze przygód, chciałbym, abyście na tych przykładach, które podałem, zauważyli jak głęboko sięgają powiązania metalu z wojownikami, smokami, mieczami i magią oraz jak często te wątki się przeplatają. Nie jest to pełna historia tematu, gdyż w tej materii można byłoby napisać całą książkę. Tą gawędą pragnąłbym zarysować nam to, o czym będziemy tutaj mówić i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie.
Do następnego razu! Niech Wasze przygody będą epickie, a loot godny Waszego trudu!
Okładki albumów, fotografie artystów oraz inne materiały graficzne zostały wykorzystane wyłącznie w celach ilustracyjnych, informacyjnych i recenzenckich. Wszelkie prawa autorskie należą do ich prawowitych właścicieli.
