Przed czasami, gdy Internet pochłonął rzeczywistość i powstali synowie Algorytmu, istniała epoka, o której nikomu nawet się nie śniło. Były to czasy epickich przygód, których ciężar spoczywał na barkach wielkich bohaterów. Oto ja, kronikarz, pragnę przywołać ich historie. Pozwólcie, iż opowiem Wam o czasach wielkich przygód!
Tak jest, moi drodzy poszukiwacze przygód – dziś pogawędzimy odrobinę na temat Conana na srebrnym ekranie. Nie omówimy sobie jednak „Conana Barbarzyńcy” z 1982 r., a sequel, który ujrzał światło dzienne dwa lata później. Przed Wami „Conan Niszczyciel”.

Pierwszy film o przygodach wielkiego wojownika z kart powieści Roberta E. Howarda odniósł całkiem spory sukces finansowy, toteż studio podjęło decyzję najbardziej charakterystyczną dla producentów filmowych i jednocześnie zarzynającą większość dobrych tytułów: „Zróbmy tak, aby wycisnąć z tego więcej pieniędzy. Ma to być na wczoraj!”. Wskutek tego błyskawicznie przystąpiono do realizacji sequela, którym był „Conan Niszczyciel”. Biorąc jednak pod uwagę brutalność pierwszego filmu, wysunięto śmiałą tezę, iż obniżenie brutalności, dodanie humoru i odciążenie tonu całej produkcji przyciągnie więcej widzów i tym samym film zarobi więcej pieniędzy (tu powinien pojawić się wręcz kreskówkowy dźwięk kasy fiskalnej – można o to poprosić sekcję dźwiękową? Dziękuję).
O tym, jak często z podobnymi decyzjami studia spotykamy się w całej historii kinematografii, można byłoby napisać bardzo długi manuskrypt. Za sterami miał stanąć John Milius, który wyreżyserował „Conana Barbarzyńcę”, ale niestety wyobrażenia producentów nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością – Milius okazał się pracować nad innymi projektami, więc potrzebowano innego kapitana na pokładzie. Wybrano Richarda Fleischera.

Do roli Conana powróciła wschodząca gwiazda kina akcji, Arnold Schwarzenegger. Wrócił także Mako jako Czarownik będący narratorem całej historii (jeśli ktoś potrafi z pamięci wyrecytować całe intro do „Conana Barbarzyńcy”, możemy zbić piątkę!). Zaangażowano także artystkę Grace Jones, dla której był to czwarty aktorski występ. Ciekawostka – pamiętacie scenę, w której Conan toczy konny pojedynek z zamaskowanym jeźdźcem walcząc o księżniczkę? Tego jeźdźca gra ten sam aktor, który grał Thorgrima (jednego z najwierniejszych sługusów Thulsy Dooma) w pierwszej odsłonie przygód Conana. Ot, taka ciekawostka – dlatego też jeździec ma maskę. W „Conanie Niszczycielu” zagrał także koszykarz Wilt Chamberlain – wcielił się w postać Bombaaty, dowódcy na usługach królowej Taramis. Druga ciekawostka, wiedzieliście, że Andre the Giant zagrał finałowego potwora? Jeśli nie kojarzycie tego gigantycznego chłopa, obejrzyjcie sobie „Narzeczoną dla Księcia” – o tym filmie też na pewno sobie pomówimy w odpowiednim czasie.
Zatrzymajmy się na chwilę przy muzyce, bo skomponował ją ten sam geniusz, który pracował przy poprzedniej części – Basil Poledouris. Jego ścieżka dźwiękowa do „Conana Barbarzyńcy” wyznaczyła kierunek, w jakim powinna podążać epicka muzyka filmowa. Potężne chóry, wzniosła i patetyczna orkiestra… Ten człowiek stworzył muzykę brzmiącą tak, jakby strony z jej zapiskami znaleziono w jakimś starożytnym grobowcu zapomnianej magicznej cywilizacji. Oczekiwania były zatem gigantyczne.

Kilka słów poświęćmy fabule. Poprzedni film był w zasadzie kinem zemsty – opowieść dotyczyła bezpośrednio postaci samego Conana i cała historia była dzięki temu bardzo osobista. Kibicowaliśmy bohaterowi w pomście na oprawcy swej rodziny i na tym, który wyznaczył jego los. Tutaj mamy jednak opowieść zgoła inną. Teraz Conan nie szuka już zemsty, teraz nasz bohater jest najemnikiem. Jego sława go wyprzedza i królowa Taramis pragnie zlecić mu zadanie wymagające odwagi. Gdy Conan odmawia, ta przyrzeka wskrzesić jego utraconą ukochaną. Serce nie sługa, jak to mówią, toteż Conan zgadza się. Myślę, że więcej nie ma potrzeby ujawniać, bo szkoda przedstawiać spoilery, poza tym skupimy się raczej na innym temacie, aniżeli streszczanie fabuły, prawda?
Rzeczywiście – zgodnie z zaleceniami studia ciężki ton, jakim charakteryzowała się poprzednia odsłona historii Conana, teraz już zniknął całkowicie. Mieliśmy do czynienia z zupełnie innym filmem – całkowicie przygodowym, okraszonym humorem (momentami dość topornym). Często w filmie obok głównego bohatera wrzuca się postać będącą tzw. „comic relief”. W skrócie – jest do postać, która ma dostarczać nam dawkę humoru i prawdę mówiąc to jest jej jedyny cel w fabule. Znaczy… jeśli jest to jej jedyny cel, jest ona napisana po prostu fatalnie. Myślę, że idealnym przykładem byłby Jar Jar Binks z „Mrocznego Widma”. Nie wiem, jak Wy, ale ja wciąż zgrzytam zębami na myśl o poziomie humoru, jaki prezentowała ta postać. Tutaj nie jest aż tak źle, jednak… Pamiętacie postać Subotaia z „Conana Barbarzyńcy”? Utalentowanego łotrzyka, zwinnego i wprawnego złodzieja. Pamiętacie, gdy Conan zapalił stos pogrzebowy swej ukochanej, a Subotai na pytanie Czarownika, czemu płacze, odpowiedział, iż Conan nie zapłacze, więc on zrobi to za niego? To mówiło o tej postaci więcej, niż ściana tekstu. Tutaj zastąpił go Malak, śmieszny złodziejaszek. Tyle. Chciałbym napisać o nim coś więcej, ale po prostu nie mogę. Jest to postać tak zbędna, że gdyby wyciąć ją z filmu, ten tylko by zyskał. Drodzy poszukiwacze, nie zrozumcie mnie źle – nie jestem przeciwnikiem humoru w filmie fantastycznym, ale na przedwiecznych bogów… niech nie będzie on wymuszony…

Lżejszy ton produkcji dał się wyczuć także i w muzyce Basila Poledourisa, który stworzył ścieżkę dźwiękową bardziej pasującą do ewidentnie przygodowej wersji naszego słynnego barbarzyńcy. Mamy tu bardziej skoczne tematy muzyczne, jak choćby temat przewodni. Co ciekawe, Poledouris nie pozbawił Conana epickości i powagi. Muzyka, mimo iż pozbawiona epickich chórów, dalej przekonuje i wpada w ucho. Niektóre motywy muzyczne powracają, ale mamy też kilka nowych – również interesujących. Z tej strony nie może być żadnego większego zarzutu, bowiem mistrz wywiązał się z zadania.
Pomówmy teraz o przemocy. Krew, jucha i tak dalej. W pierwszym filmie było tego dużo, co tylko dodawało specyficznego klimatu całej opowieści. Film nie był jedynie wesołą przygodówką, ale nieco poważniejszą produkcją. Tutaj jednak zredukowano ilość czerwonej posoki do minimum. Czy jest to minus? Wydaje mi się, że niekoniecznie. Niektórzy upatrują klęski tego filmu między innymi w redukcji przemocy, ale trudno mi się z tym zgodzić. Weźmy takiego „Władcę Pierścieni” Petera Jacksona – tutaj prawdziwej przemocy i juchy było jak na lekarstwo, a adaptacja była gigantycznym sukcesem. Wydaje mi się, że sekret porażki nie tkwi w braku krwi na ekranie, a po prostu w spadku formy.

„Conan Barbarzyńca” był filmem utrzymanym w poważnym tonie – mało tekstu mówionego (co było poniekąd spowodowane kwestią językową Arnolda Schwarzeneggera, ale wyszło to filmowi na dobre), więcej symboliki, wyrazistość. Spójrzmy sobie na to, z czym musi mierzyć się Conan – uprzednio był to czarownik, który przewodził niebezpiecznemu kultowi, a teraz mamy złą królową. Teoretycznie schematycznie, ale schematy mogą działać. Sama fabuła nie jest też taka zła. Conan jako najemnik? Jak najbardziej! Problem polega jednak na tym jak przedstawia się samego Conana i jego kompanię. I tu wracamy do tego nieszczęsnego humoru. Mówiłem wprawdzie, iż humor mi w takich filmach nie przeszkadza, ale niektóre produkcje działają lepiej bez niego lub z nim, ale w ograniczonym zakresie. Nie zrozumcie mnie źle, „Conan Niszczyciel” nie jest komedią, ale momentami niebezpiecznie mu do niej blisko. Pamiętacie scenę z „Conana Barbarzyńcy”, w której pijany Conan uderza i nokautuje wielbłąda? Uważajcie – w sequelu mamy arcyzabawną sekwencję, w której Conan spotyka ewidentnie tego samego wielbłąda (już chichoczecie?), przeprasza go za tamto (teraz powinniście trzymać się za brzuchy ze śmiechu), wielbłąd na niego pluje (w tym momencie właśnie spadliście z krzeseł), a zaskoczony i wściekły Conan ponownie go nokautuje (już turlacie się po podłodze?). Tego typu wymuszone sceny nie dają nic poza przewróceniem oczami.
Jednak nie mogę nie wspomnieć o tym, co w tym filmie działa – mianowicie o pewnych motywach i wątkach, jak choćby ten z czarodziejem w kryształowym pałacu. Fakt, późniejszy kostium jest śmieszny, ale scenę walki jego i Conana w sali z lustrami zapamiętałem z dzieciństwa. Pamiętam, że ten film pierwszy raz obejrzałem w podstawówce, jak z dziadkami byłem w Zakopanem – akurat wtedy spędzaliśmy wieczór w hotelu i przełączaliśmy kanały w telewizorze. Akurat leciała ta scena, która przykuła moją uwagę, i uprosiłem dziadków, by pozwolili mi film obejrzeć do końca. W tym filmie mamy charakterystyczne postacie, jak choćby Bombaatę, czy też Zulę graną przez Grace Jones (złodzieja Malaka możemy kopniakami wyrzucić z fabuły). Nawet młoda księżniczka jest całkiem znośna. Mamy też motyw bóstwa, które królowa Taramis pragnie ożywić. Summa summarum, całkiem nieźle jak na przygodówkę.

Ogólnie, jak wspomniałem – fabuła „Conana Niszczyciela” nie jest wcale taka zła, ale zły jest sposób jej przedstawienia, zwłaszcza w porównaniu do poprzedniej części, która osiągnęła status kultowej. Niestety sequel został zmuszony istnieć w cieniu poprzednika i myślę, że to jest największy problem tego filmu. Po latach uważam, że zwyczajnie przygniótł go ciężar i rozmach pierwszej części. Nie był to zwyczajny film przygodowy, ale poważniejsza opowieść o zemście. Jej następcą była luźna opowiastka zrealizowana za szybko i przemontowana tak, aby podobała się każdemu. To niestety tak nie działa, ale studio filmowe nie dba o to. Jeden projekt nie wypalił? Zajmijmy się kolejnymi dwudziestoma.
I tak właśnie Conan na długie lata pozostał poza srebrnym ekranem. Miała powstać trzecia część „Conan Zdobywca”, ale projekt z różnych przyczyn nie doszedł do skutku. I wiecie co? Może tak miało być? Przypomnijcie sobie „Gwiezdne Wojny”. „Nowa Nadzieja” odniosła sukces będąc lekką przygodówką w kosmosie. Za to „Imperium Kontratakuje” podniosło poprzeczkę zwiększając ciężar tonu opowieści. Sytuacja odwrotna jak w przypadku Conana. Fani „Gwiezdnych Wojen” zbierali z zachwytem szczęki z podłogi widząc jaki kierunek obrała historia, którą chcieli śledzić, zaś fani Conana również zbierali szczęki, ale z nieco innym nastawieniem. Żeby nie było – „Conan Niszczyciel” nie był aż taką klapą finansową, niemniej recenzje były bardzo, ale to bardzo mieszane. Myślę, że w kinematografii zwiększanie powagi z produkcji na produkcję jest odbierane lepiej niż stopniowe schodzenie i obniżanie poziomu. Wolimy, gdy stawka rośnie, gdy dostrzegamy to na ekranie, a przewracamy oczami, gdy widzimy, że opowieść, którą śledzimy, rozwija się, ale bardziej niczym papier toaletowy niedbale rzucony na podłogę. O ile w przypadku poprzednika mogliśmy powiedzieć: „Wow”, tak w przypadku sequela możemy rzucić: „Meh”.

Czy zatem „Conan Niszczyciel” jest całkowicie nieoglądalny i należałoby zostawić go na śmietniku historii kinematografii? Otóż nie. Osobiście nie byłbym tak radykalny, bo dalej jest to całkiem fajna przygodówka z gatunku fantasy, którą możemy sobie odpalić na ekranie wieczorem, gdy mamy ochotę na coś luźniejszego. Poprzednika zostawmy sobie na moment, kiedy to chcielibyśmy nacieszyć oczy cięższą historią o tragedii i zemście – pamiętajcie, że taki zarys fabularny też da się sknocić. Istnieje przecież jeszcze „Czerwona Sonja” z 1985 r…
Jak wypadła Próba Miecza? Ostrze wyszczerbione, ma kilka drobnych rys, ale jeśli nie będziemy nim brutalnie uderzać o coś twardego, nie powinno pęknąć. Powieszone na ścianie będzie wyglądało ładnie i od czasu do czasu może cieszyć oko.
Do zobaczenia w kolejnym wpisie! Niech Wasze przygody będą epickie, a loot godny Waszego trudu!
Okładki albumów, fotografie artystów oraz inne materiały graficzne zostały wykorzystane wyłącznie w celach ilustracyjnych, informacyjnych i recenzenckich. Wszelkie prawa autorskie należą do ich prawowitych właścicieli.
